• gra-planszowa-gwiezdny-kupiec-1gra-planszowa-gwiezdny-kupiec-1
  • gra-planszowa-gwiezdny-kupiec-2gra-planszowa-gwiezdny-kupiec-2
  • gra-planszowa-gwiezdny-kupiec-3gra-planszowa-gwiezdny-kupiec-3

Ketlan Dafee był mężczyzną w średnim wieku. Jednakże liczba przebytych przez niego w życiu kilometrów przekraczała liczbę kilometrów przebytych przez całą ludzkość od chwili jej powstania aż do dnia jego urodzenia. Liczba widzianych przez Ketlana rzeczy też była spora. Mimo tego, a może właśnie dlatego głosił on wszem i wobec, że Gwiezdny Kupiec nie istnieje. Uważał, że ma do tego prawo z tytułu doświadczenia.
Ketlan Dafee był świeżo emerytowanym Penetratorem Kosmosu wszystkich istniejących technik podróżowania, czyli elitarnym pilotem Transgalaktycznej Żeglugi Kosmicznej. Emerytury dosłużył się po pięciu latach służby czasu ziemskiego, która we wnętrzach kosmicznych kurierów zamknęła się liczbą tysiąca pięciuset lat pokładowych. Technika pozwoliła mu prawie się nie postarzeć. Pozostałe kilkadziesiąt lat pełnego życia Ketlan Dafee postanowił spędzić na Ziemi. Aktywnie.
Teraz siedział w milczeniu za wielkim pulpitem swego własnego statku „Mag Polarny", kupionego za odłożone pobory i z uwagą wpatrywał się w panoramiczny ekran ścienny. Przestrzeń pełna była martwych, dobrze znanych, milczących gwiazd. Pod nogami wisiała błyszcząca, pełna życia planeta, o której istnieniu Ziemia jeszcze nie wiedziała. Idealny punkt orientacyjny w pustym Kosmosie. Zegar jądrowy beznamiętnie odliczał czas do długo oczekiwanej chwili. Tutaj, z dala od rakietowych szlaków, czekał na swoich pierwszych kontrahentów. Czekał, by wejść do wielkiego handlu. Na rozruch przygotował towar, jakiego jeszcze nie było.
Przestrzeń, pozornie martwa i pusta na kiloparseki wokoło, niedostrzegalnie drgnęła tuż nad krawędzią atmosfery. Z nadprzestrzeni wynurzył się statek-kula o średnicy kilometra i w ułamkach sekundy minął ,,Maga", hamując z deceleracją minus sto „g". Chwilę później zawrócił i zawisł nieruchomo na optycznej, na orbicie parkingowej.
- MIA, krążnik klasy ,,Miecz" - powiedział Statek. - Uzbrojony? - zapytał Ketlan Dafee.
-Tak- odpowiedział Statek. - Istna forteca. Ketlan pomyślał, że pięćset lat wcześniej ledwie im umknął. Ale teraz sytuacja była inna.
- Wytłumacz im, że już nie reprezentuję Ziemi - powiedział Ketlan. -Wiedzą o tym. Mówią, że dlatego przylecieli - wyjaśnił Statek.
- Dziękuję - odparł lakonicznie Ketlan. Nad planetą przemknął cień i zniknął za jej krawędzią.
- Quasar Enterprises - oznajmit Statek.
Ketlan pomyślał o Towarze. Obrócił głowę w stronę pancernej ściany pomieszczenia. Jaśniejący niepokojącą czerwienią kwadrat oświetlał tabliczkę na niewielkich pancernych drzwiczkach z napisem: ,,Próba otwarcia sejfu spowoduje zniszczenie zawartości". Wolno, czując rozkoszne mrowienie pod sercem powiódł wilgotną dłonią po puszystym oparciu fotela. Odczuł rodzaj psychicznego komfortu. Miał Towar, a oni przylecieli, by go nabyć... za każdą cenę. Tego był pewien.
- GIC, najważniejszy kontrahent - powiedział Statek. - Gdzie? - zdziwił się Ketlan.
- Poza widmem widzialnym. W zakresie rentgenowskim, dwa kilometry średnicy.
- Co robisz? - zaciekawił się Ketlan, bo subtelnie wzrosło zużycie mocy.
- Nawiązałem kontakty dyplomatyczne. Pozdrowiłem, podziękowałem za przybycie i obiecałem, że się nie rozczarują - wyjaśnił Statek.
- A oni co? - Także pozdrawiają. - Jesteś zdolny - pochwalił siebie Ketlan i roześmiał się. -Operuję wzorcem twojej osobowości - odpowiedział Statek.
- Wiem - Ketlan spoważniał, ale w jego głosie brzmiało samozadowolenie.
- Belisar. Pozdrawia cię serdecznie. Lizus - powiedział Statek. - Jakiś nowy kontrahent?
- Nic szczególnego... - mruknął Statek i roześmiał się. Linie Archanioła. Twoja miłość.
- Pasażerskie... Kliwia. lleż to lat... no, robi się ciasno - powiedział Ketlan patrząc na sznur statków różnych kształtów, wiszących w półkolistym łuku jak perły w naszyjniku. Już wiedział, że jest panem sytuacji. Oto na jego dyskretne ogłoszenie zlatywali się różni armatorzy. Kosmos wypełniony zgiełkiem handlowego życia, przemytu, planetarnych rewolucji, karnych wojennych wypraw, legalnych i nielegalnych transportów przewożących wszystko i we wszystkich kierunkach, przestrzennych i czasowych, wypluwał teraz na orbitę sojuszników i śmiertelnych wrogów, uciekinierów i tropiących. Tutaj jednak wszyscy tolerowali się, jakby na mocy niepisanego porozumienia. Chęć zakupu łączyła ich silniej niż odpychały siły wzajemnej nieufności.